Michał Pol: Falstart Widzewa. Silnik „Ferrari” zgasł tuż po starcie
Dawid Figura/NEWSPIX.PL
Wszyscy nie mogliśmy się już doczekać startu Ekstraklasy po przerwie zimowej, a już najbardziej ostrząc sobie zęby na mecz Widzewa Łódź z Jagiellonią. Jak ta armia nowych piłkarzy sprowadzonych przez nowego właściciela, Roberta Dobrzyckiego za blisko 15 milionów euro wypadnie w starciu z silną i doświadczoną ekipą Adriana Siemieńca?
Gigantyczne inwestycje
Skala inwestycji – dwaj reprezentanci Polski, zawodnik bojący rekord transferowy, piłkarze doświadczeni w Lidze Mistrzów, liderzy swoich klubów – uruchomiła wielkie oczekiwania – oto „Ferrari” wśród ekip Ekstraklasy (i nie chodzi tylko o barwy). Czy z miejsca pokaże moc i odjedzie tuż po starcie kończąc w europejskich pucharach, a może na walce o mistrzostwo?
Toteż po ewidentnym falstarcie – charakterystycznym nota bene dla ekipy Ferrari w Formule 1 w ostatnich dwóch dekadach – na drużynę spadła adekwatna fala kpin i szydery ze strony kibiców innych drużyn, zachwyconych, że oto „polskie PSG” zaczęło najgorzej jak mogło.
Oceniając tylko nowe nabytki – Bartłomiej Drągowski przy żadnej z trzech straconych bramek nie pomógł. Biegający po prawej stronie z metką 5,5 mln euro Osman Bukari pokazał, że może i ma spore umiejętności, ale nic z nich nie wynikło dla drużyny. Jednak pisanie, że „Bukari za 5,5 mln euro na boisku wygląda jak wygenerowany w AI skrzydłowy do Radomiaka wzięty po znajomości od syna wujka agenta z Portugalii” jak przeczytałem na X, jest sporą przesadą.
Lukas Lerager, który z racji doświadczenia zapowiada się na lidera środka pola zbyt często się spóźniał i nadrabiał faulami. Christopher Cheng zaliczył bolesną stratę przy bramce, Carlos Isaac wypadł przeciętnie.
Przemysław Wiśniewski wszedł w samej końcówce i nie zdążył się niczym wykazać. Chyba najlepiej z nowego zaciągu zaprezentował Emil Kornvig, który po wejściu z ławki napędzał ataki.
Niepokojący falstart?
Słowem, silnik Ferrari zgasł tuż po starcie, a spod maski zaczął wydobywać się gęsty, biały dym. Stawka odjeżdża i trzeba ją gonić. Przy czym nie jak w Formule 1 z powodu tzw. „grande strategii” czyli błędu sztabu, złej taktyki, źle przygotowanych bolidów etc.
Na razie Widzew po prostu nie ma drużyny, ale zbieraninę solidnych – momentami bardzo ciekawych – piłkarzy, którzy dopiero uczą się gry ze sobą. Kto wie ile czasu minie zanim stworzą jeden organizm? Jak napisał ktoś na X: „Możesz kupić Bukariego za 5,5 mln euro, ale nie kupisz automatyzmów w dwa tygodnie”.
Szczęśliwie dla Widzewa nowy właściciel nie jest wariatem, jacy zdarzali się w klubach w przeszłości. Nie wpada do szatni w przerwie, nie wymusza zmian składu, nie podważa publicznie trenera po pierwszym potknięciu. Przed startem rundy wyraźnie zdejmował w wywiadach presję z zespołu, komunikując, że to projekt długofalowy. Że właściwie nie ma nawet ciśnienia na puchary. To rzadkość.
Oczywiście, ta siła spokoju ma swój limit. Każdy kolejny nieudany mecz będzie go testował, a szczególnie istotny okaże się Puchar Polski. Jeśli gra nie będzie poprawiać się z meczu na mecz, nie przyjdą zwycięstwa frustracja będzie nieunikniona. Zwłaszcza u kibiców, zmuszonych mierzyć się teraz z szyderą.
Zasłużone uznanie dla Jagiellonii
Pisząc o falstarcie nowego Widzewa, nie wolno zapominać o drugiej stronie boiska. Jagiellonia Białystok wygrała zasłużenie, a zespół Adriana Siemieńca po raz kolejny pokazał, że pomysł, organizacja i konsekwencja potrafią zneutralizować finansową przewagę rywala.
Do tego Jaga pokazała, że mimo odejścia tak dużego talentu jak Oskar Pietuszewski, nadal ma i potrafi skutecznie promować młodych zawodników. Gol na 1:0 18-letniego Bartosza Mazurka był wręcz symboliczny.
Porażka Widzewa była więc nie tyle kompromitacją, co lekcją Ekstraklasy w jej najczystszej postaci. Metki z cenami nie grają. Wygrywa się czasem, spokojem i pracą u podstaw. To wszystko dopiero przed Widzewem. Przynajmniej wie, że nowy właściciel daje mu ten czas.

















