Największe zmartwienie Gasparika. Górnik Zabrze przestrzelił tymi ruchami
Kamil Wolny/NEWSPIX.PL
Ostatnie decyzje personalne Michala Gasparika i występy sprowadzonych skrzydłowych muszą zapoczątkować nieprzyjemną dyskusję. Trójkolorowi póki co wybitnie przestrzelili z większością ofensywnych transferów.
Górnik Zabrze nie znalazł następcy Sow’a
Zabrzanie mają jasną politykę transferową: w zasadzie co okno dokonują chociaż jednej „wielkiej sprzedaży”, by w ten sposób finansować sobie pozostałe transfery i inne kluczowe dla funkcjonowania klubu inwestycje. W ten sposób w zeszłorocznym letnim okienku spieniężony został Dominik Sarapata, a w ostatnim zimowym oknie Ousmane Sow.
Część środków pozyskanych ze sprzedaży tych dwóch zawodników została przekierowana na transfery do ofensywy. Łukasz Milik zakupił latem Roberto Massimo za około 300 tysięcy euro z zaplecza niemieckiej ekstraklasy. Do tego pozyskał także Maksymia Chłania, a później, już zimą, również Brandona Dominguesa (wypożyczenie), Yvana Ikię Dimiego, czy Mathiasa Sauera.
Chłań wyjątkiem
Analizując te ruchy dojdziemy do wniosku, że póki co jedynym transferem który od razu dał jakość okazał się Chłań. Ukraiński skrzydłowy dał się poznać jako wszechstronny i przebojowy zawodnik, który nie boi się wchodzenia w drybling i ryzykownych zagrań. Na jego plus działa to, że dobrze czuje się zarówno po lewej, jak i prawej stronie boiska. Tutaj trzeba przyznać, że dyrektor sportowy Górnika Zabrze dobił świetnego targu, kontraktując Chłania za darmo, po wygaśnięciu jego kontraktu z Lechią Gdańsk.
Zupełnie inaczej sprawa wygląda z pozostałymi piłkarzami. Najgorszą decyzją, która przez jeszcze długi czas może odbijać się Trójkolorowym czkawką, było zakupienie Massimo. W teorii zdawało się, że to obiecujący ruch: mowa o stosunkowo młodym piłkarzu, który brylował w juniorskim futbolu, jak i zaliczył ponad 90 występów w Bundeslidze i na jej zapleczu. Szybko zaczął łapać pierwsze minuty, ale jednocześnie nie pokazywał dosłownie nic pozytywnego.
Massimo, czyli totalny „flop”
Emanował kompletnym brakiem pewności siebie i totalnym asekuranctwem. Nie pracował wystarczająco ciężko bez piłki i nie miał odpowiedniej fizyczności, by ścigać czy przepychać się z obrońcami rywala. Został błyskawicznie schowany do szafy przez trenera i do tej pory w Górniku Zabrze zagrał w zaledwie ośmiu spotkaniach.
Brandon Domingues zaczął rzeczywiści nieźle. Zabrzanie wypożyczyli go z Realu Oviedo, beniaminka hiszpańskiej ekstraklasy. Wiadomo było, że będzie on potrzebował czasu na powrót do rytmu meczowego, jako że w poprzednich miesiącach w ogóle nie pojawiał się na boisku. Tym bardziej kibice byli zadowoleni z jego pierwszych występów, w których Francuz jawił się jako przebojowy atakujący.
Z czasem jednak zaczęły wychodzić jego braki – głównie w szybkości. Górnik Zabrze gra bezpośredni futbol, oparty często na błyskawicznych kontratakach, gdy Domingues preferuje spokojną grę w ataku pozycyjnym. Sam Michal Gasparik na konferencji prasowej przyznał, że Brandonowi brakuje umiejętności gry jeden na jeden. Do tego 44-letni szkoleniowiec podkreślił, że na niekorzyść wypożyczonego Francuza zadziałały dwie choroby jakie przebył w ostatnich tygodniach.
„Zaginięcie” Sauera
Nominalnym następcą Ousmane Sow’a miał być Mathias Sauer. Młody duński skrzydłowy został sprowadzony krótko po sprzedaży Senegalczyka. Jest nominalnym prawym skrzydłowym z dominującą lewą nogą. Opisywano go jako bardzo szybkiego, kreatywnego i bramkostrzelnego atakującego, który nie boi się ścinać z futbolówką do środka i szukać uderzeń. Jest on już ponad dwa miesiące w Górniku i do tej pory na murawie pojawił się zaledwie dwa razy, gromadząc na boisku zaledwie… dziewięć minut.
Nie wiadomo z jakiego konkretnie powodu Michal Gasparik nie stawia na Sauera, ale można podejrzewać, że odstaje pod względem fizycznym. Szkoleniowiec Trójkolorowych przykuwa bardzo dużą uwagę do pracy w pressingu i odbudowie, więc jego skrzydłowi muszą być gotowi do pracy w destrukcji praktycznie jak wahadłowi. Być może 21-letni Duńczyk potrzebuje jeszcze nieco czasu, by dostosować się do nowych obciążeń i nowych rozgrywek.
Jako ostatni sprowadzony został Yvan Ikia Dimi. Wcześniej grał on wyłącznie na zapleczu francuskiej ekstraklasy jak i w futbolu juniorskim, wobec czego także zakładano, że będzie potrzebował czasu na wejście na odpowiednie obroty. Szybko zaczął jednak łapać minuty, zdobywając zaufanie Gasparika. Problem w tym, że po sześciu występach dalej nie ma ani jednego gola czy asysty.
Dimi ma potencjał… ale to za mało
O ile faktycznie widać u niego potencjał motoryczny jak i chęć do robienia różnicy oraz ryzykowania, o tyle bardzo szwankuje jego decyzyjność w pobliżu bramki rywala. Nie jest obecnie na poziomie Ekstraklasy i z tego też względu Michal Gasparik posadził go ostatnio na ławce. Ale nie na rzecz Dominguesa, Massimo, czy Sauera, a… Pawła Olkowskiego.
Trener Górnika Zabrze na tyle nie ceni skrzydłowych których aktualnie ma w składzie, że w ostatnich meczach decydował się na grę z tylko jednym nominalnym bocznym atakującym (Chłaniem). Na drugiej flance występował albo Ondrej Zmrzly (lewy obrońca) lub właśnie Paweł Olkowski (prawy defensor).
Jeżeli sprowadzeni przez Górnik Zabrze skrzydłowi ani nie gwarantują liczb, ani nie napędzają akcji, ani też nie wygrywają nawet rywalizacji o miejsce w składzie z nominalnymi bocznymi obrońcami, to należy zadać pytanie, czy na pewno proces skautingowy został przeprowadzony w odpowiedni sposób. Nie można wykluczyć, że z biegiem czasu przykładowo Sauer lub Dimi „odpalą”, ale Gasparik walczący o Puchar Polski i TOP4 w lidze potrzebuje jakości „na już”. A pozycja prawoskrzydłowego cały czas pozostawia na Roosevelta multum znaków zapytania.
Czytaj też: Ważna rola byłego kapitana Górnika Zabrze. Pracy ma co niemiara

















