Mateusz Gamrot: Rozłam w Ankosie? Nie czuję się winny [ROZMOWA „KS”]
ZUMA/NEWSPIX.PL
Mateusz Gamrot był gościem programu Oktagon Live na antenie Kanału Sportowego. Przedstawiamy rozmowę zawodnika UFC z Maciejem Turskim, Albertem Odzimkowskim i Patrykiem Prokulskim.
MACIEJ TURSKI, KANAŁ SPORTOWY: Co tam słychać, panie Mateuszu? Jak zdrowie, jak nos?
MATEUSZ GAMROT, ZAWODNIK UFC: Nos w końcu się zagoił, jak zresztą widać. Cieszy mnie to, bo długo się z nim borykałem. Generalnie jest dobrze, łapię spokój w życiu, wychowuję dzieci, trenuję, odbudowuję się na nowo. Jest wspaniale.
Zapytam jeszcze o ten nos. Jak bardzo go naruszyłeś? Ludzie od razu dostrzegli, że ten uraz się lekko odnowił.
On się odnawiał cały czas, ta rana się nie goiła. Co wracałem na matę, czy na brazylijskie jujitsu, to gdy tylko delikatną obcierkę dostałem, to się uraz ponawiał. Na dobrą sprawę jest teraz zagojony, ale ciekawy jestem, co będzie, gdy przyjdą mocniejsze sparingi, albo mocne drille MMA, kiedy dostanę mocno w ten nos: wtedy się przekonamy, czy dobrze się zasklepił. Na tę chwilę jest OK. Duża, cenna lekcja życiowa, gdy wyszły takie rzeczy przed walką, to można było się zastanowić dwa razy, ale to dopiero po czasie widać.
Albert Odzimkowski: Ale widać Mati, że chyba mocno na motorykę stawiałeś, bo taki „dobity” jesteś.
Koszulka S, Albercik. By karabiny były przypakowane na wizji. Nie no, żartuję. Wiesz jak to jest, jak jest offseason, to jest wszystko, do tego staram się robić tę motorykę, bo zawsze mi jej brakuje w walkach, więc o to dbam.
Patryk Prokulski: Trochę czasu minęło odkąd my się z tobą widzieliśmy, ale też ogólnie odkąd byłeś w mediach. Jak bardzo potrzebowałeś dla siebie, dla swojego spokoju, gdzieś na chwilę odsunąć się od tego świata i zostać z boku?
Generalnie bardzo tego potrzebowałem. Tak jak mówię – ta intensywność przygotowań z walki na walkę jest coraz większa, cały ten rok przed walką spędziłem w Stanach, później wyszło kilka dziwnych afer w Internecie, co nie wspomagało spokoju. Więc fajnie się to wszystko skleiło, że mogłem potem poszukać tego spokoju. Odłączyłem się od tego Internetu i przestałem wszystko śledzić, zająłem się swoim życiem i tym, co mnie otacza, a gdy wróciłem, to przekonałem się, że tak na dobrą sprawę niczego nie straciłem. Wszystko dalej toczy się swoim torem, każdy ma swoje życie i określone środowiska. Życie płynie sobie dalej, więc ten spokój z wiekiem coraz bardziej doceniam, tym bardziej przy takich różnych sytuacjach.
Maciej Turski: No właśnie – mówisz o różnych sytuacjach. Sporo się tego zebrało przed pojedynkiem. Czy dało się wyłączyć kompletnie od tego?
Odinstalowałem aplikacje i byłem odłączony, ale dochodziły pewne informacje z zewnątrz, jak i zostało w głowie to, co było wcześniej. Z mojej perspektywy wydawało mi się, że potrafię się odłączyć, ale patrząc na oś czasu, sięgając wstecz, to wiele rzeczy wyszło na walce. I w rezultacie zamiast mnie walczył mój cień – tak to wyglądało. Na pewno gdzieś to wszystko się odcisnęło. To oczywiste, że nie ma lepszego momentu jak ten przed walką do robienia różnych afer, bo wtedy się to wszystko najlepiej klika w Internecie.
Patryk Prokulski: To był najtrudniejszy dla ciebie moment jeżeli chodzi o połączenie tego, co poza klatką, z przygotowaniami do walki i samym pojedynkiem?
Możliwe, możliwe. Tę całą otoczkę zawsze można spróbować odłączyć, zrobić medytację, jakieś oddechy i się nastawić na trening, ale najbardziej z tego wszystkiego to ten nos oddziaływał na walce. Nawet te wszystkie połączenia nerwowe, które były odsłonięte, mogły mocno zdefiniować, dlaczego tak to wyglądało. Z czasem też wydaje mi się, że odczuwam coraz bardziej robienie wagi. Może nie tyle samo robienie wagi, co powrót później po zrobieniu tych kilogramów po walce. Tak się złożyło, że te małe rzeczy mogły się akurat zbiec w czasie… Zawsze się śmialiśmy jako zawodnicy, że nawet bez nogi możesz wyjść do walki jak masz charakter i bardzo chcesz. Tak samo ja postępowałem, a się okazało, że z dość poważną kontuzją nie ma co wychodzić i to jest ta cenna lekcja dla młodego pokolenia, dla zawodników, którzy chcą długo walczyć, by faktycznie zdrowym wychodzić do walki, bo potem różnie może wyjść.
Dyskutowaliśmy na ten temat, o twoim wyjściu do walki mimo wiedzy, że ten uraz był. Nie wiem, na ile będziesz chciał grać w otwarte karty, ale mieliśmy taką tezę, że zdecydowałeś się na to w dużej mierze dlatego, bo dopiero co podpisałeś nowy kontrakt z UFC. Po prostu postawiłbyś siebie w bardzo złym świetle, gdybyś dwa czy trzy tygodnie po informacji o nowym kontrakcie wycofałbyś się z walki. Może gdyby tego nie było, to ten tok myślenia byłby zupełnie inny?
Nie myślałem o tym. Co innego udawać kontuzję, a inaczej pokazać zdjęcie, jak masz piętnaście szwów i podwójne pęknięcie w środku. Wtedy od razu widać, że coś jest nie tak z tym nosem. Bardziej miałem w głowie coś takiego, że dobra, może poleci trochę krwi na rozgrzewce, wyjdę z krwią na twarzy, to będę jeszcze agresywniejszy i nawet lepiej mi pójdzie. A to było błędne myślenie. O tym kontrakcie nie myślałem: bardziej szkoda mi było możliwości, sytuacji. Wiesz, zawalczyć z Salkilldem, gdy akurat jest naprawdę rozpędzony, miałem dobrą możliwość przeskoczyć pewien poziom, niestety się nie udało. Wiele takich sytuacji się zdarzało, że ktoś po podpisaniu kontraktu doznawał kontuzji, więc nie myślałem akurat o tym.
Maciej Turski: O przebieg samej walki chcę zapytać. Cały czas się zastanawiamy, jak wielki wpływ miał ten nos na ten pojedynek. Został szybko naruszony i mam wrażenie, że to od razu naznaczyło ten pojedynek.
Możliwe, że ta kontuzja wpłynęła też na moją pewność siebie. Co do samych przygotowań nie mam sobie nic do zarzucenia, bo naprawdę ciężko trenowałem i dobrze to wszystko wyglądało do momentu tego nosa. Później była walka też z samym sobą przez tę kontuzję. Generalnie sam dalej szukam odpowiedzi dlaczego tak ta walka się potoczyła, dlaczego tak się stało. Z czasem może dojdę do tego, ale no nic, życie toczy się dalej. Serduszko boli, ale na tym nie kończy się kariera, naparzam dalej.
Czy wychodząc do tego pojedynku miałeś w założeniu od razu taki plan, że trzeba szybko brać się za robotę i musisz spróbować przenieść walkę do parteru, bo inaczej ten uraz może się odnowić? Zakładaliście, że parter będzie drogą do wygrania tego pojedynku?
Trochę tak. Wiesz, oglądając wcześniejsze walki Quillana Salkillda wydawało mi się, że ten jego poziom parterowo-zapaśniczy nie jest aż taki wysoki. W walce okazało się to błędne, był bardzo silny. Tak jak powiedziałeś – z racji tego nosa chciałem trochę pójść w ten parter. To było chyba po tym sierpie, gdy rana się otworzyła, to wtedy rzuciłem się w te nogi. Aczkolwiek jak mówię: trochę nie spodziewałem się, że tak ten parter będzie wyglądał. Ta balacha na kolano z przejściem do skrętówki to gdzieś sobie to drillowałem z tej klatki. Na sparingach kilkukrotnie udało mi się skończyć sparing w takim momencie, bo też dbamy o zdrowie i nie przeciągamy tych nóg, czy tam zawodnicy, którzy nie znają leglocków szybciej zatrzymują pojedynek. W walce toczyło się tak, że było ciasno, zapięta noga, trochę postrzelało, a on dalej bronił na charakterze. Więc to też przytrzymało ten przebieg walki później.
Albert Odzimkowski: A czułeś już, że to „siedzi”? Jak blisko z twojej perspektywy było do poddania, gdy atakowałeś ten skręt?
W pewnym momencie wydawało mi się, że skończę tę walkę. Tak jak mówię: to przejście do balachy, co było pierwsze z tej rolki spod siatki, to sobie drillowałem. Moment walki się kończył, kiedy była noga ciasno złapana. Tutaj włożyłem wszystko w siebie, a on dalej walczył, więc trochę prądu zabrakło. Ale przez chwilę myślałem, że może się udać… niestety, się nie udało. Szkoda mi jedynie w tym wszystkim, że później złapał to duszenie i musiałem zakończyć ten pojedynek, bo nawet jak przychodził do werdyktu, to kulał, odczuwał tę nogę. Więc ciekawe, jak by się to potoczyło w dalszych etapach tej walki, jak ta noga by funkcjonowała. Szkoda, ale będę naparzał dalej.
Maciej Turski: Jak definiujesz teraz swoją pozycję w kategorii lekkiej? Wiadomo, że to był pojedynek weterana z zawodnikiem rozpędzonym. Gdybyś wygrał to starcie, to jesteś bardzo wysoko – nadal jesteś zawodnikiem TOP10, ale twoim zdaniem ile to było kroków wstecz? Ile musisz wykonać tych kroków następnych, by dostać kolejną poważną szansę rywalizacji z TOP5?
Nie chcę myśleć już o tych kolejnych szansach i o tym, co się wydarzy w przyszłości. Teraz po prostu chcę zadowolić samego siebie, wyjść i zawalczyć tak jakbym chciał, zadowolić fanów. Skupić się na każdej pojedynczej walce i nie myśleć o tym, co przyniesie przyszłość. Kilkukrotnie już tak myślałem, teraz odbiłem się dość mocno, więc teraz niezależnie kogo mi dadzą, to moim celem jest wyjść i być zadowolonym z siebie. Zrzucam z siebie tę presję i całą otoczkę: gdzie jestem, z kim zawalczę, jak to się potoczy… Chcę wyjść i być sobą.
Jak realnie zerkasz na historię swoich pojedynków UFC, to jakiej oferty spodziewasz się na kolejne starcie? Jaki to będzie przeciwnik?
Tutaj się wszystko dynamicznie dzieje. Bo zanim Dan Hooker wziął tę walkę, to też dostałem ofertę, by z Ortegą zawalczyć. Szybko się sytuacja zmienia, ale patrząc na to wszystko, co się wydarzyło wcześniej, te mikrokontuzje nosa i kolana, to nie mogłem wziąć tej walki. Powiedziałem, że bardzo chętnie, ale w późniejszym etapie. Tutaj na dobrą sprawę jak zgłaszasz gotowość, to musisz być cały czas czujny, bo ktoś może złapać kontuzje i UFC szuka. Z samego wyboru, to pewnie dostanę kogoś nade mną, albo spoza rankingu jakiegoś rozpędzonego zawodnika. Może też być właśnie opcja wskoczenia za kogoś, więc na nic się nie usztywniam. Trenuję sobie, po nowym roku pewnie znowu ruszę do Florydy i będę naparzał oraz czekał.
Wspomniałeś pojedynek z Ortegą, że taka propozycja się pojawiła. Jaki to był miesiąc?
To było teraz, na listopad. Od razu po walce z Salkilldem. Hooker to wziął i on będzie walczył, ale mnie też się pytali o to.
Okej, to gorącej decyzji nie było. Ciekawa propozycja.
Bardzo ciekawa, kusząca. Już dawno mówiłem, że chciałbym się z Ortegą zmierzyć. Ale tak jak mówiłem: dwa pojedynki, plus ADCC, plus robienie wagi, plus kolano… To byłoby mocno na wariata. Teraz nie potrzebuję takich ruchów, tylko spokojnie się przygotować. A jak przyszła okazja, to przyjdzie też potem ponownie.
A w który miesiąc celujesz? Mówisz, że początek roku wylot na Florydę, to pewnie pierwszy kwartał, ale raczej druga część tego pierwszego kwartału.
Najlepiej by było. Nie wiadomo, co się wydarzy, ale tak by było najlepiej. Stary schemat już, od dwóch-trzech lat tak wychodzi, że mogę sobie po nowym roku w połowie stycznia wylecieć, tam posiedzieć, potrenować, zaaklimatyzować się i gdzieś marzec-kwiecień chętnie zawalczyć. Jestem cały czas w treningu – co prawda jestem po dłuższej przerwie i odpoczynku, ale wróciłem do rytmu treningowego i pracuję. Więc do tego stycznia też już będę w dobrej formie.
Wspominasz o treningach. To jest chyba największa zagadka: od wielu tygodni pojawiają się pytania co dalej? Przed twoim wylotem dostaliśmy informacje, że jest podział dróg i jednak Czerwony Smok i Mateusz Gamrot to historia zakończona. Gdzie na stałe zagościsz w Polsce? Gdzie trenujesz?
Panowie: na jednym klubie świat się nie kończy. Jest mnóstwo klubów dookoła, robię z najlepszymi w swoim fachu. Czyli zapasy z zapaśnikami, parter z parterowcami, a stójkę ze stójkowiczami. Co prawda muszę sobie popodróżować, ale lubię to. Jeżdżę przez to trochę więcej po Polsce. Zamykają się jedne drzwi, ale otwierają nowe, więc jest super, nie ma nad czym płakać.
Patryk Prokulski: Jeżeli chodzi o zapasy, to wiemy, że GKS Fighter Milicz. Natomiast te pozostałe płaszczyzny? Możesz uchylić rąbka tajemnicy?
Do Milicza to mam dwie godziny, więc tam w grudniu pojadę do chłopaków, na pewno spotkam się z nimi. Na zapasy chodzę do Grunwaldu tutaj, w Poznaniu jest sekcja zapaśnicza. Jujitsu robię w Checkmatcie, stójkę też umawiam się na tarcze, czy treningi grupowe, na MMA też się umawiam. Więc jest okej. W Łodzi bardzo się kluby rozwinęły, w Warszawie są dobre kluby… warto popodróżować trochę i poodwiedzać różnych ludzi.
Albert Odzimkowski: Jak patrzysz na ten zaciąg polskich zawodników z UFC do Octopusa? Nie brałeś pod uwagę takiego ruchu?
Myślę bardziej o popodróżowaniu. Bardzo dobra banda się tam zebrała, więc nie ma co się dziwić tym ruchom – jest dobra ekipa, na pewno ich odwiedzę i zobaczę jak trenują.
Patryk Prokulski: Rozważałeś w ogóle w jakimś momencie, że wyprowadzisz się z Poznania i na stałe osiedlisz się w jakimś klubie, na przykład w Łodzi, czy gdziekolwiek indziej? Zadecydowała proza życia, czy sam czujesz się zbyt związany z Poznaniem?
Ogólnie to i tak ATT będę jeździł na przygotowania i na okres przygotowawczo-sparingowych. Tam nie dość, że mam aklimatyzację, to też całe zaplecze. Tutaj rozmyślam nie wiem czy przeprowadzkę, czy też częstsze przemieszczanie się. W moim przypadku jest trochę inaczej, bo mam rodzinę, jestem odpowiedzialny za cztery osoby: dwójkę dzieci i żonę. Więc jak muszę podejmować decyzję, to za czwórkę – moje dzieci też toczą swoje życie, mają swoje środowisko, kolegów, koleżanki, zajęcia. Więc to nie jest prosta decyzja, ale na pewno rozważam, myślę. Na tę chwilę nie muszę się śpieszyć, nie goni mnie żaden termin walki, więc mogę sobie to wybalansować.
Maciej Turski: Nie obawiasz się, że zabraknie jakiegoś miejsca, które będzie cię dłużej obserwowało, tak na co dzień? Wiadomo, że wyjazdy kształcą i można zyskać różne elementy z innych szkół, ale czy nie zabraknie pewnej ciągłości i osoby, która ocenia cię regularnie?
Wspaniale jest mieć trenera head-coacha, ale powiedz, kto był takim trenerem u mnie wcześniej? Z zewnątrz to super wygląda, że możesz ćwiczyć w dużym klubie, ale w środku jest mało osób, które zajmują się indywidualnie każdym poszczególnym zawodnikiem. Będąc w ATT mam taki sztab, z którym wszystko rozkminiam. Tutaj zawsze polegaliśmy na chłopakach, na otoczeniu dookoła i się wspieraliśmy. A takiego head-coacha to nigdy nie było.
Czyli Stany Zjednoczone to baza docelowa twoich przygotowań – tak to trzeba interpretować, a tutaj tylko utrzymujesz formę.
Na tę chwilę tak, ale wszystko się dynamicznie zmienia. Co chwilę los przynosi coś nowego, więc może jak się zadomowię w jakimś klubie i się dogadam z trenerami, zawodnikami, to może tutaj zostanę. Nie chcę składać żadnych deklaracji co do przyszłości, bo każdy dzień jest inny, a nie goni mnie żaden termin, więc się nie spieszę z decyzjami.
A jakieś kluby z Polski same się do ciebie odzywały z propozycją nawiązania stałej współpracy?
Były, oczywiście, że były takie kluby, czy trenerzy. Nawet dużo. Większość z nich to moi znajomi, z którymi się znam od lat, więc nie było to nic dziwnego: wręcz miło, że wyciągali pomocną dłoń.
Tych trenerów na mapie Polski to jest pewnie masa, tylko kwestie logistyczne i rodzina, tak jak wspominałeś.
Bycie samemu jest dużo prostsze i podejrzewam, że jakbym był sam, to już dawno by mnie nie było w Poznaniu. A tak to jest decyzja za kilka osób, która nie jest łatwa.
Teraz w kontekście szukania klubu nawiążę do jednej rozmowy, która się pojawiła już po tym, jak się z nami połączyłeś. Na kanale In The Cage pojawił się wywiad z Andrzejem Kościelskim. I teraz zacytuję trenera Andrzeja: „Mateusz jest świetnym sportowcem, ale jest też doskonałym gościem, który potrafi rozp*****lić klub – tak też zrobił u mnie”. Jak się do takich słów odniesiesz? Czujesz się winny za tę sytuację, tak jak zostało to przedstawione w wywiadzie?
Wczoraj Borys Mańkowski dał wywiad i wyjaśnił wszystko jak tam było, więc odsyłam do tego wywiadu. Tam Borys powiedział prawdę.
Czyli nie chcesz się rozwodzić.
Nie mam nad czym się rozwodzić. Po tych wywiadach spada duża fala nienawiści i hejtu, ale sporo tam było też nieprawdziwych informacji. Nie chcę teraz tego rozszarpywać w Internecie, bo tak jak mówię: Borys dał wczoraj wywiad i powiedział, jaka była prawda z tym rozejściem. Nie chcę tego rozdmuchiwać. W każdym roku jak słyszymy jakąś historię, to zawsze jest tam dodane od siebie kilka rzeczy, więc w każdym roku może być nowa historia.
W jakim stopniu czujesz się winnym tego podziału?
W Ankosie? Zero. W zerowym stopniu się czuję winny, bo ja poszedłem po prostu za Borysem. I mało tego: później przyszedłem do trenera, porozmawiałem z nim, podałem rękę i powiedziałem, że zostaję z chłopakami, którzy odeszli. Więc nawet jak wyszliśmy z tego klubu, to i tak widziałem się później z trenerem i rozmawialiśmy o tym.
Tak też mówiłem w programie, że trochę w inny sposób zapamiętałem tę historię. Natomiast trener podchodzi do sprawy bardzo emocjonalnie i wcale się mu nie dziwię, bo miał bandę, która u niego trenowała i też ma podstawy, by czuć żal, że po tylu latach współpracy, inwestowania w was, jednak wasze drogi się podzieliły i poszliście swoją drogą, zostawiając trenera, który na pewnym etapie wam zaufał.
Rozumiem to, może tak być.
Patryk Prokulski: A jakbyś mógł w tym momencie powiedzieć, czy relacja z trenerem Bartkiem Jezierskim jest również zaogniona, czy tutaj jest kwestia stricte biznesowa i za parę lat emocje opadną i na stopie ludzkiej będzie wszystko w porząku?
Wydaje mi się, że tak. Nie miałem jeszcze okazji rozmawiać z trenerem Bartkiem. Żaden z trenerów poza Filipem w sumie nie interesował się jak ze mną po walce. Nie mieliśmy jeszcze okazji rozmawiać, ale wydaje mi się, że wszystko jest do dogadania, by koniec końców podać sobie ręce.
Kogo z Czerwonego Smoka najbardziej ci będzie brakować na macie, jeżeli chodzi o wspólne treningi?
Nie chcę kategoryzować i wymieniać kogo bardziej, kogo mniej. Była zwarta grupa i wszyscy razem ćwiczyliśmy, było super. Teraz się rozpadła, ale nie chcę wymieniać z kim lepiej i z kim gorzej, bo z każdym mi się dobrze ćwiczyło.
Maciej Turski: Chcę cię zapytać o debiut gościa, z którym byłeś łączony jeszcze na polskim podwórku – Salahdine Parnasse’a. Bo na pewno przyglądałeś się temu debiutowi w organizacji UFC, a ten debiut był, co by nie mówić, bardzo okazały. Mam wrażenie, że chyba bardziej okazały, niż mogliśmy się wszyscy spodziewać. Konfrontacja z Danem Hookerem, którego zdemolował ekspresowo. Spodziewałeś się takiego zakończenia, spodziewałeś się takiego mocnego wjazdu? Dana White mówił, że to jest TOP3 najlepszych debiutów jeżeli chodzi o zasięgi i zainteresowanie, jeżeli chodzi o nowoczesną historię UFC.
Wszyscy dobrze wiemy, że Parnasse jest bardzo mocny. Może nie spodziewałem się, że aż z takim przytupem wejdzie do UFC i znokautuje Hookera, bardziej spodziewałem się wyrównanej walki, ale wszyscy wiemy, jak mocny jest. Od zawsze dużo osób go widziało w TOP10. Pięknie to rozegrali marketingowo z podpisaniem tego kontraktu, wyczekali swój dobry moment, więc naprawdę super.
A jakie perspektywy widzisz nad nim w organizacji UFC? Gdzie jest jego szczyt patrząc na to, jak się rozwija z roku na rok? Gdzie dojdzie?
Rozwija się niesamowicie – dalej jest młody, głodny i idzie jak burza. Ma dobry styl stójkowy, naparza się w stójce, więc może z każdym wygrać: trafić jak Hookera i po wszystkim. Z roku na rok jest coraz mocniejszy fizycznie: podejrzewam, że dostanie dużą walkę, po tym jak go wprowadzili i jak zawalczył podejrzewam, że będzie to głośna walka. Nie wiem, może Hollowaya dostanie?
To by było bardzo mocne. Ale raczej zakładaliśmy, że taki pojedynek miałby mniej sensu z perspektywy Hollowaya, niż Parnasse’a.
Oczywiście. Myślę, że większość zawodników, którzy długo walczą w UFC, nie chce walczyć z tymi, co dopiero weszli i są bardzo niebezpieczni i młodzi. Większość tych zawodników będzie miała problem z podjęciem decyzji.
Patryk Prokulski: Dlatego my zastanawialiśmy się nad Salkilldem.
Myślę, że on by na pewno wziął tę walkę.
Maciej Turski: A kto byłby faworytem w takim pojedynku?
Kurczę, nie wiem. Ja pewnie trzymałbym kciuki za Salkillda skoro z nim walczyłem i przegrałem. Znaczy oglądałbym z zainteresowaniem – jeden i drugi miałby swoje argumenty. To byłby dobry test parterowy dla Salahdine’a. Jeden i drugi młody i gniewny: ja też pamiętam, jak miałem 26 lat, walczyłem w KSW i wstawałem rano, mogłem źle wagę zrobić, a szedłem jak burza. Ten wiek rządzi się swoimi prawami.
Między wierszami sugerujesz nam, że starość zaczynasz odczuwać? Kości skrzypią? (śmiech)
Nieee, broń Boże nie mówię tego w moim kontekście. Po prostu oni są w takim wieku, że z dnia na dzień są coraz mocniejsi. Ja jak potrenuję dwa dni, to trzeci muszę odpocząć, a kiedyś robiłem dwa kolejne treningi. Ale bardziej mówię to w ich kontekście.
Patryk Prokulski: Jak rozmawiamy o twoich byłych rywalach i jeszcze teraz mówisz, że chcesz sobie trochę pojeździć i potrenować w różnych klubach, to myślę, czy nie jest to taki moment, by jeszcze raz zastanowić się nad pomysłem, który padł po twojej walce z Oliveirą? Zaproszenie do Chute Boxe, żeby tam się wybrać?
Jest to jakiś pomysł na pewno. Dość ciekawy. Ale nie myślałem o tym w sumie. Jechać tam na dwa tygodnie nie ma sensu, skoro tydzień będę się aklimatyzował. Musiałbym pewnie tam pojechać na miesiąc, albo nawet dłużej, by coś z tego wynieść. A w takim scenariuszu musiałbym zabrać ze sobą całą paczkę i wszyscy musielibyśmy polecieć. A to się wiąże z tym, o czym rozmawialiśmy wcześniej. Jest to opcja, ale do przemyślenia.
Maciej Turski: Jak oceniasz ostatni występ swojego przyjaciela Armana Carukjana?
Który to był, bo już nie wiem gdzie? Z Ruffym? Dość ciekawy numer zrobił, z wykorzystaniem klinczu. Bardziej byłem zaskoczony, jak Ruffy dobrze bronił te zejścia, jak wybraniał nogi. Widać, że pracuje nad tym aspektem parterowo-zapaśniczym.
Chcę nawiązać jeszcze do przygotowania motorycznego. Czy masz jakieś pomysły sportowe spoza MMA na boku? Zdecydowałeś się w końcu, by spróbować się w hyroxie?
Ja jestem dzisiaj gotowy do przetestowania się w tym. Zarzucasz mi, że przegram z tobą w każdej konkurencji, tak?
Nie powiedziałem, że w każdej konkurencji.
Nawet na bieganiu bym cię dusił.
Ile biegasz kilometrówki?
2:44 na jeden kilometr (śmiech)
Bez szans, maratończycy nawet tyle nie biegają. Jak poniżej trójki zejdziesz, to jest dobrze. Starego misia na sztuczny miód nie weźmiesz.
Nie no, żartuję. Jak biegam ostatnimi czasy, to bardziej sprinty. Dłuższe dystanse biegałem kiedyś, nie wiem, ile bym teraz pobiegł. Jakbym miał 3:30 albo 3:45, to i tak byłbym mocno zadowolony. Myślę nad tym hyroxem. A po ile tam biegają na kilometr?
Najlepsi to poniżej trójki na kilometr schodzą. Koty, w prosach zapierdzielają. Są dwie kategorie: open i pro. Open ma mniejsze ciężary.
To w jakiej kategorii byśmy startowali?
U ciebie to wiesz… Nie wiem, czy jest jeszcze jakaś trzecia (śmiech)
A ty w jakiej, cwaniaczku?
Ja próbowałbym w open, bo te pro ma za duże ciężary.
Czyli boisz się po prostu.
Wiadomo, psycha sitting (śmiech). Coś jeszcze chciałbyś nam Mateusz przekazać?
Chyba wszystko przegadaliśmy.
Dziękujemy, że się z nami połączyłeś.















