Wszystkie relacje

MISTRZOSTWA ŚWIATA

Meksyk

Meksyk MEK

-

RPA

RPA RPA

-

11.06 21:00

MISTRZOSTWA ŚWIATA

Korea Południowa

Korea Południowa KOR

-

Czechy

Czechy CZE

-

12.06 06:00

MISTRZOSTWA ŚWIATA

Katar

Katar KAT

-

Szwajcaria

Szwajcaria SZW

-

12.06 21:00

MISTRZOSTWA ŚWIATA

USA

USA USA

-

Paragwaj

Paragwaj PAR

-

13.06 18:00

MISTRZOSTWA ŚWIATA

Kanada

Kanada KAN

-

Brazylia

Brazylia BRA

-

14.06 06:00

Masternak bardzo szczerze o swojej karierze! „Koniec jest bardzo blisko, coś we mnie umarło”

03.06.2026 | 08:51

Mateusz Masternak

fot. IMAGO/ Michał Stawowiak/Newspix.pl

Mateusz Masternak na początku kwietnia przegrał z Viddalem Rileyem i stracił tytuł mistrza Europy w wadze junior ciężkiej. – Próbowałem się odrodzić, ale trzeba powiedzieć jasno, że się nie udało – przyznał „Master” w szczerej rozmowie z Kanałem Sportowym.

Kanał Sportowy: – Trochę czasu minęło od twojej ostatniej walki. Przetrawiłeś już to, co wydarzyło się w Anglii?

Mateusz Masternak: – Czas biegnie, rany się goją, natomiast żaden sportowiec nigdy nie pogodzi się z porażką. Wydawało mi się, że jestem w dobrej formie, że jest wszystko naprawdę dobrze. Dobrze czułem się na sparingach, nawet przed walką myślałem, że jestem w lepszej formie niż przed wcześniejszym pojedynkiem z Joelem Djeko. Natomiast w ringu już było trochę inaczej. Nie mogłem złapać rytmu, rywal zawsze był nie w tym miejscu, w którym bym sobie życzył. Wiem, że kibice nie lubią uskarżania się itd., ale bardzo szybko złamałem palec w lewej ręce – nie powiem, że przez to przegrałem, bo to byłoby niesprawiedliwe, no ale to nie ułatwiało sprawy. Riley był bardzo szybki. Kiedyś Cus D’Amato mówił, że szybkość spala i chyba mnie w jakiś sposób spaliła. Jak widzisz, że rywal na twój lewy prosty robi odchylenie i trafia cię prawym, no to w jakiś sposób cię blokuje i nie możesz rozwinąć skrzydeł. Natomiast jak ty trafisz taką kombinacją, to ciebie to niesie. Więc z rundy na rundę on się rozkręcał, a ja po prostu ograniczałem się do podstawowych akcji.

Wyjątkowa motywacja Joshuy. Walczy dla rodzin zmarłych przyjaciół, wzruszające słowa

– Co zatem dalej z twoją karierą?

– To jest bardzo dobre pytanie, nad którym sam się zastanawiam i myślę, co robić dalej. Na początku maja skończyłem 39 lat i powiedziałem sobie, że z czterdziestką na karku nie będę wchodzić już do poważnego sportu. Ale pytanie brzmi, czy poważny sport jest jeszcze dla mnie, czy w jakiś sposób musiałbym sprzedawać rekord i nazwisko. Jestem trochę materialistą i za bardzo tego robić bym jednak nie chciał. Gdyby pojawiła się jakaś fajna propozycja, to być może bym ją przyjął, natomiast to na pewno jest końcówka mojej kariery. Ten koniec jest bardzo blisko. Zmieniło się trochę też w moim życiu, jeśli chodzi o pracę, bo jestem nie tylko zawodowym sportowcem, ale jestem też zawodowym żołnierzem. I tak jak wcześniej byłem w zespole sportowym, gdzie mogłem się skupić głównie na treningach, to teraz musiałbym łączyć pracę z treningami. To już nie byłoby łatwe, więc ten argument również przemawia za tym, żebym jednak z boksu zrezygnował. Czy to już teraz, czy to w niedalekiej przyszłości, to w tym momencie jeszcze nie jestem w stanie ci powiedzieć.

Krwawe wojny z Materlą i starcie z „Pudzianem”, czyli pamiętne walki Jay Silvy

– A promotorzy mają na ciebie jakiś pomysł, czy czekają na twoją decyzję?

– Powiem ci szczerze, że nie rozmawiałem ze swoimi promotorami od ostatniego pojedynku. Wymieniliśmy jakieś tam wiadomości na Whatsappie, czy wszystko w porządku odnośnie rozliczeń itd., natomiast żeby usiąść i porozmawiać o mojej przyszłości, to nie było czegoś takiego. Nie ma jednak co ukrywać, że porażka w takim momencie kariery, w jakim się aktualnie znajduję, z pewnością mówi, że boks na najwyższym poziomie chyba już jest za moimi plecami. Trudno jest mierzyć się z czymś takim tak ambitnemu sportowcowi jak ja. W tej karierze miałem kilka wzlotów i upadków, ale zazwyczaj udawało mi się podnieść, ale teraz czuję, że coś we mnie umarło. Myślę, że to nie umarło w tej ostatniej walce, tylko to umarło po walce ze Chrisem Billamem-Smithem. Próbowałem się odrodzić, ale trzeba powiedzieć jasno, że się nie udało.

– Ostatnio mój kolega z redakcji pytał Maćka Sulęckiego, na którym miejscu umieściłby się wśród polskich pięściarzy, którzy nigdy nie zdobyli tytułu mistrza świata. Powiedział, że numerem jeden jest oczywiście Andrzej Gołota, a siebie widziałby w czołowej trójce. A na którym miejscu ty byś siebie widział?

– Wiesz co, to jak mnie zapamięta historia, to nie mam na to wpływu. Zawsze wychodziłem do ringu z nastawieniem na zwycięstwo. Zawsze do pojedynków trenowałem na 100 procent. Myślę nawet, że może czasami gdybym trenował mniej byłoby lepiej, ale wiem, że źle bym się z tym czuł, więc zawsze trenowałem z wielkim poświęceniem. Nigdy w ringu nie leżałem na plecach, nigdy nie zostałem znokautowany. Nigdy nie przegrałem na polskiej ziemi. Walczyłem z kilkoma przyszłymi bądź byłymi mistrzami świata i dawałem im równe walki, z niektórymi udało mi się wygrać. To, które ja miejsce zajmuję, czy Andrzej Gołota jest pierwszy, drugi czy siódmy, dla mnie tak naprawdę nie ma znaczenia. Boks dla mnie, jakbym miał się ustawić w tej perspektywie już po karierze, był wspaniałą przygodą. Wspaniałą przygodą, której poświęciłem tak naprawdę ćwierć wieku. Uważam, że to jest wystarczający czas. Boks niektórym ludziom pomaga, niektórych ludzi rozwija, ale niektórym bardzo szkodzi. Wydaje mi się, że należę do tej części ludzi, którym boks pomógł. Pomógł mi wyjechać z bardzo małej miejscowości. Pomógł mi w odnalezieniu takiego życia i spokoju prywatnego, gdzie mam wspaniałą rodzinę, mam trójkę dzieci, mam żonę. Więc boks jest słońcem mojego życia i mojej kariery. Nigdy nie byłem mistrzem świata, ale o swojej karierze mogę mówić z uniesioną głową, a moja ostatnia moja porażka na pewno nie definiuje mnie jako sportowca. Chciałbym po zakończeniu kariery, tak jak teraz, móc cieszyć się życiem i zdrowiem. Boks jest piękną dyscypliną, która ciągnie za sobą tłumy, która wzbudza podziw, natomiast jest również bardzo niebezpieczny. I przykro patrzy się na niektóre legendy, nie tylko polskie, które mówią i trzeba robić do tego napisy, bo inaczej trudno ich zrozumieć. Mam tu na myśli chociażby Jamesa Toney’a, którym ja się zachwycałem, który inspirował wielu moich rówieśników. Generalnie jest tak, że nieważne jakim autem jeździsz, ważne jest jak wysiądziesz z tego auta, kim jesteś, jak się prezentujesz, jakim jesteś człowiekiem. I to myślę, że udało mi się osiągnąć w boksie, że pomimo prawie 60 walk jestem człowiekiem, który nie stracił specjalnie dużo zdrowia w ringu.

Nasi górą w Anglii. Efektowne zwycięstwa Polaków w walkach na gołe pięści!

– A jak z perspektywy czasu patrzysz na współpracę ze swoimi trenerami? Bo mi z boku wydawało się, że oni nie za bardzo byli ci potrzebni, że sam zawsze wiedziałeś co zrobić, by było lepiej.

– Kiedyś Albert Sosnowski powiedział, że ja mam korespondencyjnych trenerów i może coś w tym jest. Przez bardzo długi okres czasu trenowałem z trenerem Andrzejem Gmitrukiem, ale wiadomo jak to wyglądało – ja mieszkałem we Wrocławiu, trener w Warszawie, więc kilka tygodni przed walką byłem u niego, a potem kilka miesięcy u siebie w domu. To w jakiś sposób mnie zmieniło i spowodowało, że ja nigdy nie byłem prowadzony na sali za rękę. To w pewien sposób zbudowało moją kreatywność – moje zaangażowanie wynikało tylko z mojej inicjatywy, nie z trenera. To spowodowało, że sam nabyłem taką wiedzę, że trudno było mi później zaufać jakiemuś innemu trenerowi, bo mi nie wystarczało powiedzieć „weź rób”, bo ja od razu zadawałem pytania „po co?” i „na co?”. Jak nie dostałem konstruktywnej odpowiedzi, to niestety malał mój szacunek do danego trenera. Zawodnik musi szanować i musi respektować uwagi trenera. Niestety ja swoim postępowaniem, swoją sytuacją, ten system trener-zawodnik zaburzyłem, bo ja zacząłem trenować z Mateuszem Masternakiem i trudno było mi kogokolwiek słuchać, bo ja zawsze trenowałem z Mateuszem Masternakiem. Kiedyś mnie ktoś zapytał, kogo wychowałem, to ja mu powiedziałem – „Mateusza Masternaka”. To nie jest problem ani Piotrka Wilczewskiego, ani trenera Gmitruka, ani trenerów w Niemczech, ani wszystkich innych, których spotkałem na swojej drodze. To jest mój problem, który został wykształtowany przez taką sytuację, w której się znalazłem.

– Wspomniałeś trenera Wilczewskiego. Przed 12. rundą ostatniej walki trener się spoliczkował, próbował cię pobudzić i dać do zrozumienia, że wszystko albo nic.

– Myślę, że to w jakiś sposób mnie pobudziło, bo akurat w ostatniej rundzie złapałem go, odczuł cios i walczył do końca o przetrwanie. Natomiast przewaga punktowa była zbyt duża. Boks to jest jednak taki sport, że trudno być swoim żeglarzem, sterem i okrętem. Mój schemat pokazał, że mogło to być lepiej poprowadzone. Potencjał miałem na pewno dużo większy, natomiast może tak musiało być. Myślę, że może dla mnie są większe cele pisane. Może jakbym został mistrzem świata i zarobiłbym większe pieniądze, to nie byłbym na tyle zmotywowany, że teraz myślałbym bardziej o Bahamach, niż o szkoleniu młodzieży i przekazywaniu swojego doświadczenia, swojej wiedzy, swoich umiejętności. Może nie miałbym tyle czasu dla rodziny i nie miałbym takiej więzi z nimi. Więc – jak zwykle – są plusy i minusy. Jak teraz słucham ludzi, powiedzmy już są po siedemdziesiątce, to nikt nie mówi o tym, że on by założył nie jedną firmę, tylko trzy, nikt nie mówi o tym, że on by jeszcze więcej się angażował w swoje życie zawodowe. Każdy mówi, że on żałuje, że tak gonił za pieniądzem. Że on żałuje, że nie poświęcał czasu rodzinie. Że on żałuje, że ciągle wyjeżdżał gdzieś, choć nawet nie musiał, to jechał, bo był na tyle ambitny. Tak naprawdę ci ludzie nie mówią o tych pięknych wspomnieniach z życia zawodowego, tylko raczej wszyscy mówią o brakach i o rzeczach zaniedbanych z życia prywatnego. Ja tego nie zaniedbałem i być może to jest właśnie mój największy sukces.

Od patoinfluencerki do kadry Polski! Niesamowita metamorfoza Marty Linkiewicz

– Brzmisz tak, jakbyś już zakończył karierę, ale ja bym cię chętnie jeszcze zobaczył w jakimś polsko-polskim pojedynku. Ten temat powraca jak bumerang, kibice lubią takie walki.

– Mówią, że z kibicami trzeba dobrze żyć, ale to różnie z nimi bywa. Dzisiaj kibic coś żąda, coś wymusza, chce żebyś kontynuował karierę, żebyś walczył, żebyś się poświęcał, żebyś robił widowiskowe walki. Natomiast ci sportowcy, którzy przedłużali swoje kariery, ci sportowcy, którzy walczyli bardzo nonszalancko w ringu, niebezpiecznie dla swojego zdrowia i utracili to zdrowie, to potem ten sam kibic się z nich śmieje. Bo kibic pamięta tylko wieczór walki, a potem rano wstaje, idzie do pracy i zapomina o tych, co walczyli. Kibic bawił się świetnie przy piwku czy drinku, ale kibic nie będzie wychowywał twoich dzieci, on nie będzie się zmagał z twoimi problemami. Jego to nie obchodzi. A jeśli wyjdzie, że ty masz te problemy albo później źle się wypowiadasz, albo wypowiadasz się dobrze, ale po prostu to co mówisz świadczy o tym, że karierę miałeś bardzo trudną, to ta sama osoba się z ciebie śmieje. Ja się bardzo cieszę, że mam ludzi, którzy trzymają za mnie kciuki i mnie wspierają, to jest bardzo miłe, ale nikt za mnie nie przeżyje mojego życia i nie weźmie na swoje barki moich problemów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

2026-08-17 00:00 / 9999-12-31 23:59 | Oshee | Partner | 300×600
2026-08-17 00:00 / 9999-12-31 23:59 | Oshee | Partner | 300×600

Główni partnerzy

Superbet
Logo XTB
OSHEE logo