Reprezentant Polski w opałach. To jego ostatnia szansa
Dawidowicz na zakręcie FOT. NEWSPIX.PL
Paweł Dawidowicz miał być wzmocnieniem Rakowa Częstochowa, ale po dwóch miesiącach ma w nogach niespełna… godzinę gry. Najbliższe miesiące zadecydują o przyszłości reprezentanta Polski, który pomimo bogatego CV, wciąż nie może oderwać łatki pechowca.
W zimowym oknie transferowym kluby Ekstraklasy łącznie wydały na wzmocnienia ponad 20 milionów euro. Najwięcej emocji, rzecz jasna, wzbudziły transfery Widzewa Łódź, który zainwestował blisko 16 mln euro, a efektów nie widać. Klub Roberta Dobrzyckiego nie może wydostać się ze strefy spadkowej. Po swoich ruchach transferowych lepszych efektów mógł się spodziewać także Raków.
Pod koniec stycznia do Częstochowy zawitał Paweł Dawidowicz, reprezentant Polski, dwukrotny uczestnik mistrzostw Europy, który we Włoszech rozegrał ponad 200 meczów, w tym niemal 150 w Serie A. Tymczasem zbliża się kwiecień, a Dawidowicz w barwach Rakowa rozegrał zaledwie 57 minut na 630 możliwych, choć trzeba zaznaczyć, że po debiucie z Wisłą Płock, gdzie wszedł na końcówkę spotkania, wypadł przez kontuzję na trzy tygodnie. W Lidze Konferencji nie rozegrał nawet minuty i już swojego dorobku nie poprawi, bo nie został zgłoszony do rozgrywek.
Liczby Dawidowicza w Rakowie

(Transfermarkt)
Ściągnięcie Dawidowicza było ryzykownym ruchem, bo przez całą karierę obrońca zmagał się z licznymi kontuzjami. A na domiar złego od lipca 2025 roku do stycznia 2026 r. nie miał klubu. 17-krotny reprezentant Polski ma przed sobą dziewięć kolejek, żeby przekonać władze klubu, by przedłużyć z nim umowę, która wygasa już 30 czerwca. Jeśli jej nie przedłuży, Dawidowicz zanotuje kolejny rozczarowujący epizod w swojej karierze.
„Polski Hummels”
O talencie Dawidowicza mówiono od dawna. W końcu jako nastolatek opuścił Lechię Gdańsk, by dołączyć do lizbońskiej Benfiki, słynącej ze świetnego skautingu. W Portugalii Polak się jednak nie przebił – nawet nie zanotował debiutu w pierwszym zespole Benfiki. Furory nie zrobił też w Niemczech, gdzie występował w drugoligowym Bochum. W tamtym czasie był przynajmniej jasnym punktem młodzieżowej reprezentacji Marcina Dorny.
Dawidowicz nie był typowym obrońcą, skupionym jedynie na destrukcji. Czasami występował na pozycji defensywnego pomocnika lub cofniętego rozgrywającego, bo potrafił płynnie wznowić grę długim podaniem. Nie bez powodu w tamtym okresie Mateusz Borek określił go mianem „Polskiego Hummelsa”.
Duży talent dostrzegał w nim także Adam Nawałka. – Dawidowicz jest blisko kadry i już za rok może osiągnąć poziom międzynarodowy, a za dwa: skutecznie walczyć z najlepszymi na świecie – już w 2014 roku mówił „Wyborczej” były selekcjoner. I choć dziś trudno nazwać Dawidowicza ”Polskim Hummelsem” i nie stał się on obrońcą na międzynarodowym poziomie, to nie da się ukryć, że wielu polskich piłkarzy może mu pozazdrościć kariery.
Swoją ziemię obiecaną odnalazł we Włoszech, gdzie reprezentował Palermo i Hellas Werona. W tym drugim klubie grał aż do lata 2025 roku, rozgrywając w nim 139 meczów w Serie A. Przez wiele lat był ważnym zawodnikiem bloku obronnego. Nawet wtedy, gdy Hellas sprawiał niespodziankę i zamiast bić się o utrzymanie, urzędował w środku tabeli.
Dawidowicz jednym z winowajców porażki na Euro
Problem w tym, że nawet dobrze spisujący się w Serie A Dawidowicz, nigdy nie umiał tego przekuć na reprezentację. Pomijając jego bardzo dobry występ przeciwko Anglikom (1:1) w 2021 roku za kadencji Paulo Sousy, z reguły w kadrze zawodził. Dawidowicz był jednym z głównych winowajców naszej przegranej 1:3 z Austrią na Euro 2024.
Później Dawidowicz dostawał jeszcze szanse w Lidze Narodów, ale ostatni raz w reprezentacji zagrał półtora roku temu i obecnie kadra wydaje się dla niego tematem zamkniętym. Tym bardziej że wysoką formę prezentują: Jakub Kiwior i Jan Bednarek, a selekcjoner Jan Urban może także postawić na utalentowanych Jana Ziółkowskiego i Kacpra Potulskiego. W razie czego do składu mogą wskoczyć także Tomasz Kędziora i Przemysław Wiśniewski.
Nawet jeśli reprezentacja to raczej zamknięty temat, to Dawidowicz wciąż ma umiejętności i doświadczenie, które mogą z niego uczynić czołowego stopera Ekstraklasy. Pytanie, czy zdrowie mu to pozwoli. Jeśli teraz nie wskoczy do pociągu, to kolejny może już nie podjechać. To o tyle smutne, że mówimy o 30-latku, który przecież powinien być w najlepszym momencie kariery.


















