Reprezentacja Polski potrzebuje kogoś takiego jak Paulo Sousa? Za jego kadencji wyniki były kiepskie
Alamy/Mikołaj Barbanell
Reprezentacja Polski od kilku lat znajduje się w rozkroku. Trenerzy zmieniają się dość często, momenty chwały i małe sukcesy są przeplatane z rozczarowaniami. Wciąż trwa dyskusja na temat kierunku, w jakim ma iść kadra, a także systemu, w jakim ma grać. Niektórzy tęsknią za Paulo Sousą, ale czy rzeczywiście kadencja Portugalczyka była tak udana?
Jak Paulo Sousa trafił do reprezentacji Polski?
Przypomnijmy, jak w ogóle Paulo Sousa, mający przedtem w CV takie marki jak Fiorentina, Bordeaux czy FC Basel, znalazł się w reprezentacji Polski. Jesienią 2020 roku nastroje wokół kadry nie były zbyt dobre. Na listopadowym zgrupowaniu Biało-Czerwoni nie wygrali ani jednego meczu o punkty – pokonali Ukrainę w sparingu, lecz przegrali z Włochami i Holandią w Lidze Narodów. Z siedmioma punktami zajęli trzecie miejsce w grupie, zapewniając sobie tym samym utrzymanie.
Zbliżały się jednak przesunięte o rok z powodu pandemii koronawirusa mistrzostwa Europy, a forma Biało-Czerwonych nie napawała optymizmem kibiców. Mimo zapewnień o braku gwałtowych zmian ze strony Zbigniewa Bońka, ówczesnego prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej, Jerzy Brzęczek, prowadzący wówczas reprezentację jako selekcjoner, niespodziewanie stracił pracę w styczniu 2021 roku. Jeszcze bardziej niespodziewany był jego następca. Został nim właśnie Sousa.
Piękne słowa, gorsze wyniki
Na pierwszej konferencji prasowej zaczarował wszystkich swoją elokwencją i znajomością polskiej kultury. Nawiązywał do papieża Jana Pawła II, a jego krasomówcze wywody – mimo że często pozbawione głębszej treści – z początku imponowały kibicom przyzwyczajonym przez ostatnie lata do znacznie prostszego przekazu. Gdy jednak przyszło do pierwszych meczów, nawet piękne słowa nie były w stanie osłodzić przeciętnej formy reprezentacji.
W pierwszych trzech meczach eliminacji mistrzostw świata Polacy zdobyli cztery punkty. Zremisowali z Węgrami na wyjeździe 3:3 po szalonym boju, w którym stracili bramkę już w 6. minucie, a na początku drugiej połowy przegrywali dwoma bramkami. Ulegli też Anglikom 1:2, rozbili za to 3:0 Andorę.
Turniej do zapomnienia
Potem nastał czas przygotowań do EURO 2020. Sparingi z Rosją (1:1) oraz Islandią (2:2) nie zapowiadały jeszcze skali rozczarowania, którego polscy kibice byli świadkami podczas tego turnieju. Wyprzedzając nieco fakty, nawet remis z Hiszpanią 1:1 po naprawdę niezłej grze nie jest w stanie przykryć blamażu na otwarcie zmagań. Polacy przegrali wówczas 1:2 ze Słowacją, najsłabszą wydawać by się mogło ekipą w grupie. Niektórzy uciekają się do tłumaczeń, że to nie Paulo Sousa, a Grzegorz Krychowiak, otrzymał czerwoną kartkę, co znacząco utrudniło Biało-Czerwonym rywalizację ze Słowakami. Gdyby jednak iść taką logiką, każdy trener na świecie mógłby ukrywać się za podobnymi bon motami.
Oprócz porażki ze Słowacją, na zakończenie zmagań w tej grupie Polacy przegrali też ze Szwecją, która w ostatnich latach często daje nam się we znaki. Kapitalny mecz rozegrał wówczas Robert Lewandowski, który zdobył dwie bramki. Paulo Sousa, jako miłośnik stylu gry opartego na operowaniu piłką, odważnych atakach i wiary we własne umiejętności, miał znaleźć sposób na uczynienie z naszego kapitana kogoś, kto zapewni reprezentacji wielkie zwycięstwa. Jak widać, nawet wysoka forma Lewandowskiego nie wystarczyła, aby wygrać ze Szwecją czy wcześniej ze Słowacją.
Zwolnienie trenera po słabym turnieju nie należy do rzadkości. Co więcej, bardzo łatwą taką decyzję obronić. “Rozstaliśmy się, ponieważ nasza gra i wyniki na ostatnich mistrzostwach nie były zadowalające” – trudno polemizować z taką tezą. Zbigniew Boniek dał jednak Sousie czas. Nie podziękował mu, lecz powierzył prowadzenie kadry na kolejne miesiące.
Czytaj też: Jest źle, bardzo źle. Oto szanse Polski na awans na EURO 2028
Kolejne rozczarowanie
Efekt? Kolejne zwycięstwo z Andorą, a także po dwie wygrane z Albanią i San Marino. Do tego remis z Anglią oraz niespodziewana porażka z Węgrami, która sprawiła, że w barażach o awans na mundial Polska była nierozstawiona. Kilka tygodni po feralnym meczu z ekipą Madziarów Sousa otrzymał ofertę z brazylijskiego Flamengo, spakował manatki i opuścił PZPN.
Jak widać, pod względem wyników kadencja Paulo Sousy była co najwyżej przeciętna. Portugalczyk zgromadził średnią 1,53 punktu na mecz. Lepsze liczby ma choćby Michał Probierz (1,62), który odchodził z kadry przy jeszcze większej negatywnej atmosferze. Pod wodzą byłego trenera Fiorentiny Polacy byli w stanie wygrać tylko z Andorą, Albanią i San Marino. Jeśli to jest dorobek poważnego trenera z kilku miesięcy pracy z kadrą, w której grają Robert Lewandowski, Piotr Zieliński, Wojciech Szczęsny, Arkadiusz Milik, Jakub Moder czy Grzegorz Krychowiak, to trudno jakkolwiek usprawiedliwiać tę kadencję.
Jeszcze bardziej kuriozalne wydaje się bronienie ery Sousy remisami z Hiszpanią i Anglią. Można i nawet warto pochwalić postawę Polaków w tych starciach, bo odważna, nastawiona nie tylko na rozpaczliwą defensywę gra Biało-Czerwonych, przyniosła efekt w postaci punktów. Natomiast w czterech spotkaniach z Anglią i Węgrami, podopieczni portugalskiego szkoleniowca zgromadzili na swoim koncie zaledwie dwa punkty. Gdyby nawet mieli uznać wyższość dużo lepszych piłkarsko Anglików, a poradzić sobie bez problemu z Madziarami, ich dorobek wyniósłby trzy razy więcej “oczek”. W futbolu reprezentacyjnym nic nie liczy się bardziej niż punkty.
Jaki z tego płynie morał?
Piłkarze co prawda bardzo chwalili sobie pracę z Sousą – tę codzienną, złożoną nie tylko z treningów, ale i osobistych rozmów, szacunku, troski i chęci zbudowania poważnych relacji. Być może to była główna zaleta Portugalczyka, która w dłuższej perspektywie dałaby tej kadrze paliwo do lepszych wyników. Nie zawsze jednak szkoleniowiec z zagranicy, nawet z tak piłkarsko bogatego kraju jak Portugalia, daje gwarancję wprowadzenia do szatni nowej, świeżej energii. Nikt chyba nie zapomniał skwaszonej miny Fernando Santosa.
Sousa na pewno pokazał Polakom, że mogą grać w piłkę, jeśli tego chcą. Jeśli mają pomysł, są w stanie rywalizować z najlepszymi. Co jednak z ekipami naszego poziomu? Dlaczego pokonanie Słowacji, Węgier czy Szwecji stanowiło za kadencji Portugalczyka zbyt wielkie wyzwanie? Jaki ma sens romantyzowanie pracy kogoś, kto po kilku miesiącach nie dał tej drużynie żadnych spektakularnych rezultatów, słabo zaprezentował się na mistrzostwach Europy, a na dodatek w pewnym momencie skusił się na lepszą finansowo ofertę z zagranicy? Czy można tłumaczyć zachowanie Sousy tym, że nie chciał pracować z Cezarym Kuleszą, który zastąpił Zbigniewa Bońka na stanowisku prezesa PZPN? Pewnie można, ale jakie znaczenie dla kibica, chcącego oglądać wygrywającą reprezentację Polski, mają relacje selekcjonera i szefa federacji?
Trudno więc zaakceptować nostalgię za Paulo Sousą. Być może w dłuższej perspektywie jego podejście by odpaliło, choć niełatwo wyobrazić sobie, jak pod jego wodzą Polacy pokonują Szwecję w finale baraży o awans na mistrzostwa świata, skoro kilka miesięcy wcześniej nie byli w stanie z nią zremisować na EURO 2020. Możliwosć pracy z obytym w Europie szkoleniowcem na pewno była wartościowym doświadczeniem dla reprezentantów, ale kibic polskiej drużyny narodowej nie ma zbyt wielu powodów, aby wspominać tego trenera z rozrzewnieniem.
Czytaj też: Kulesza sporządził bardzo krótką listę. Tylko dwóch możliwych następców Urbana

















