Filipe Luis – zmysł taktyczny i żołnierz Diego Simeone
Często gdy myślimy o brazylijskich piłkarzach, pierwszymi skojarzeniami są finezja, zabawa z piłką i unikalne umiejętności. W przypadku bocznych defensorów za wzór w kontekście tych stwierdzeń można uznawać choćby dwie legendy Realu Madryt – Marcelo i Roberto Carlosa. Filipe Luis nieco nie pasował do takiego wizerunku, choć wielu zalet z pewnością nie można było mu odmówić.
Były już lewy obrońca przez wiele lat gry w Atletico Madryt zyskał miano żołnierza Diego Simeone. Gdy tylko był zdrowy, Luis był gwarancją solidności i ciężkiej pracy na lewej stronie obrony, choć nigdy nie był finezyjny i efektowny w swoich poczynaniach na murawie. Dla argentyńskiego szkoleniowca nie to jednak było najważniejsze – istotniejsze były ciężka praca, którą Simeone tak bardzo lubi, a także oddanie i gra do samego końca. A tego Luisowi w żadnym stopniu nie można było odmówić.
Pierwsze kroki Brazylijczyk stawiał w rodzimym Figueirense, natomiast pierwszy kontakt z Europą miał w 2004 roku, kiedy to trafił na roczne wypożyczenie do Ajaxu Amsterdam. Co prawda 19-letni wówczas Luis nie zdołał w nim zadebiutować, ale po tym roku nie wrócił już do ojczyzny. W kolejnym sezonie przeniósł się do Hiszpanii, a dokładniej do Realu Madryt Castilla, gdzie wypatrzyli go skauci Deportivo La Coruña.
Przez cztery lata Luis wypracował sobie na tyle dobrą markę, że w 2010 roku Atletico Madryt pobiło dla niego swój ówczesny rekord transferowy, jeśli chodzi o obrońców – sprowadziło go za 12 milionów euro. Na chwałę Rojiblancos grał przez osiem sezonów, z roczną przerwą na niespecjalnie udany pobyt w Chelsea, zanim wrócił do ojczyzny. Ostatnie 4,5 roku kariery Filipe Luis spędził we Flamengo.
W stolicy Hiszpanii zyskał miano jednej z legend i kluczowych postaci elitarnej już ery Diego Simeone. Z Atletico sięgnął łącznie po sześć trofeów i dwukrotnie zagrał w finale Ligi Mistrzów, ale w jeszcze bardziej imponującym tempie zaczął kolekcjonować puchary na ostatnim etapie kariery. We Flamengo spędził pięć lat i dołożył do gabloty więcej sukcesów, niż za czasów gry w Madrycie – po dwa razy cieszył się z triumfów w Copa Libertadores, Superpucharze Brazylii i z mistrzostwa kraju, a także po jednym razie w Pucharze Brazylii i Recopa Sudamericana.

Ekspresowe otwarcie gabloty z trofeami
O ile końcówka piłkarskiej kariery pod kątem trofeów była imponująca, tak to, czego Filipe Luis dokonuje na starcie trenerskiej kariery, jeszcze bardziej może zaskakiwać. Ale po kolei. Na początku 2024 roku, tuż po zawieszeniu butów na kołku, Brazylijczyk objął drużynę Flamengo do lat 17. Po nieco ponad trzech miesiącach zaliczył szybki awans w klubowej hierarchii – przejął zespół U-20 w miejsce Mário Jorge, który udał się trenować młodzież do Arabii Saudyjskiej.
Luisowi wystarczyły dwa miesiące, aby otworzyć swoje konto pucharowe w roli trenera. Pod koniec sierpnia ubiegłego roku poprowadził Flamengo U-20 do triumfu w Pucharze Interkontynentalnym U-20 – finał z Olympiakosem rozstrzygnął się dzięki bramce w doliczonym czasie gry. Ogromny sukces sprawił, że na drugi awans w klubowej hierarchii ponownie nie musiał zbyt długo czekać.
Pod koniec września Flamengo opuścił Tite, były selekcjoner reprezentacji Brazylii. Luis został mianowany jego tymczasowym następcą, ale zaledwie dzień później klub ogłosił, że będzie piastował tę funkcję do końca 2025 roku. Już w debiucie utorował sobie drogę do pierwszego “seniorskiego” tytułu – poprowadził drużynę do zwycięstwa 1:0 nad Corinthians w półfinale Pucharu Brazylii, natomiast w finale Flamengo dwukrotnie ograło Atletico Mineiro (3:1 i 1:0), sięgając po puchar.
Niecałe trzy miesiące później legenda Atletico Madryt dokonała kolejnej wielkiej sztuki – pod jego wodzą Flamengo rozbiło Botafogo 5:1 w spotkaniu o Supercopa Rei (Superpuchar Brazylii). 39-latek sięgnął zatem po drugi tytuł w karierze, a co warte uwagi, dokonał tego w zaledwie w ciągu nieco ponad czterech miesięcy od momentu debiutu w roli trenera seniorskiej drużyny.
Genialne statystyki i zadatki na znakomitego trenera
Choć niektórzy mogliby stwierdzić, że prowadzenie czołowego zespołu w kraju, jakim niewątpliwie jest Flamengo, jest niemal gwarancją sukcesów. Ale początkowe dokonania Filipe Luisa nie powinny być bagatelizowane. Dość powiedzieć, że na dzień 8 lutego 2025 roku ma na koncie więcej trofeów, niż… przegranych meczów. Pierwszą i jak dotąd jedyną porażkę poniósł w trzecim meczu na stanowisku (0:2 z Fluminense w brazylijskiej Serie A).
Oczywiście jest jeszcze zbyt wcześnie, aby 39-latkowi przypiąć łatkę trenerskiego geniusza. Ale analizując jego potencjalne możliwości i cechy, którymi wyróżniał się za czasów gry w Hiszpanii, drogę do sukcesów wydaje się mieć utorowaną w każdym tego słowa znaczeniu.
Będąc “żołnierzem” Diego Simeone, Luis doczekał się miana jednego z najbardziej świadomych i rozwiniętych piłkarzy w Europie, jeśli chodzi o zmysł taktyczny. Sam z resztą kilkukrotnie opowiadał o swojej pasji do szachów i tym, jak bardzo rozwijają jego myślenie w każdym tego słowa znaczeniu. Pod względem inteligencji boiskowej, ale i pozaboiskowej można go zestawić choćby z Xabim Alonso, który kapitalnie radzi sobie w Bayerze Leverkusen i niewykluczone, że niebawem wróci do Madrytu, a dokładniej na ławkę trenerską Realu.
Po tych kilku miesiącach pracy we Flamengo Filipe Luis dał się poznać jako trener, który stawia na agresywną grę, wysokie krycie i niemal nieustanny pressing. Póki co daje to znakomite efekty, zwłaszcza biorąc pod uwagę rozczarowującą formę zespołu w poprzednich miesiącach. Szerszej publiczności z pewnością będzie chciał się przedstawić w czerwcu tego roku, kiedy to jego podopieczni zagrają w Klubowych Mistrzostwach Świata. W nowym formacie rozgrywek Flamengo w fazie grupowej będzie się mierzyć z Esperance Tunis, Chelsea i Club Leon.
Polskie korzenie Filipe Luisa
Jakakolwiek opowieść o Filipe Luisie nie mogłaby nie zawierać polskiego wątku. Jego formalne nazwisko brzmi bowiem Kasmirski, a to za sprawą faktu, że jest potomkiem polskich emigrantów z XIX wieku, których w Brazylii było nawet kilka milionów. Do dziś w całym kraju mieszka mnóstwo osób mających nasze korzenie i do tego grona należy właśnie rodzina Kasmirskich.
Ze szczegółami jej historię przedstawił Mateusz Święcicki w obszernym materiale na kanale 2AngryMen. Jak w wielu innych przypadkach, krewni obecnego trenera Flamengo udali się do Brazylii w poszukiwaniu lepszego życia – Polska była wówczas po zaborami i nie dawała gwarancji spokojnego bytowania. Rodzina Kaźmierczaków (bo tak oficjalnie się nazywali; Kasmirski w dokumentach było efektem błędu urzędników) nie miała w następnych pokoleniach zbyt dużych związków z naszym krajem, ale po publikacji materiału przez Święcickiego okazało się, że jej członkowie otrzymają Kartę Polaka.
Sam Filipe Luis kilkukrotnie wypowiadał się na temat swojej “polskości”. Z racji faktu, że obejmuje ona poprzednie pokolenia jego rodziny, związek ten nie jest zbyt silny. – Znam tylko jedno słowo po polsku: “babcia”. Dziadkowie przyjechali do Brazylii w czasie wojny, ale ja nie mówię w języku polskim. Jednak moja twarz jest taka polska – mówił w rozmowie z Polsatem Sport po meczu Ligi Mistrzów w 2019 roku.