Legia oddzieliła przeszłość grubą kreską
Legia Warszawa to klub, który przyzwyczaił się do funkcjonowania w chaosie. Pod tym względem do stołecznej ekipy doskonale pasował Goncalo Feio. Portugalczyk dał się poznać jako niezwykle porywczy trener, który jak nikt potrafi opowiadać o piłce nożnej. Były szkoleniowiec Legii sprawiał wrażenie człowieka przekonanego o własnej nieomylności. Mimo wielu skandali uwierzyły w niego władze klubu. W gabinetach wszyscy byli przygotowani na rozmowy o nowym kontrakcie, choć ekipa z Łazienkowskiej zakończyła zmagania na piątym miejscu w tabeli PKO BP Ekstraklasy. Ciężko znaleźć drugiego trenera, który dostałby taki kredyt zaufania.
W pewnym sensie to właśnie Feio jest największym przegranym ostatnich tygodni. Rozstanie z francuską Dunkierką po 13 dniach to kolejna rysa na jego CV. Można powiedzieć, że znów zgubiła go pewność siebie. W międzyczasie okazało się, że Legię można prowadzić zupełnie inaczej. Pokazał to Edward Iordanescu, a więc dokładne przeciwieństwo Portugalczyka. Rumun raczej stroni od patetycznych deklaracji. Konferencje prasowe z jego udziałem przeważnie nie wzbudzają większego zainteresowania. Nowy opiekun Legii nie jest kimś, kto rzuca kuwetą na dokumenty w prezesa, pokazuje środkowy palec kibicom rywala i wyrzuca z treningu pracownika klubu.
Były selekcjoner reprezentacji Rumunii stawia na sumienną pracę i sprawiedliwe podejście do piłkarzy. Pod jego wodzą Legia gra prosty, bezpośredni futbol. Na razie nowe metody się sprawdzają. Bilans legionistów za kadencji Edwarda Iordanescu to cztery zwycięstwa i jeden remis. Największym sukcesem 47-latka jest jednak odbudowanie piłkarzy, na których już postawiono krzyżyk. Kacper Tobiasz znów stał się jednym z liderów zespołu. Po meczu z Koroną Kielce okazało się, że stołecznemu klubowi wciąż może przydać się Marco Burch.
Te przykłady to kamyczki do ogródka Feio. W przypadku Migouela Alfareli i Jean-Pierre’a Nsame mowa jednak o ogromnym głazie.
Legia może zagrać w Europie dzięki odrzuconym
Wspomniane wcześniej starcie z Koroną można nazwać „meczem im. Goncalo Feio”. Konia z rzędem temu, kto przewidziałby, że Legia wygra mecz ligowy po golach Nsame i Alfareli. Trzeba jednak przyznać, że to nie był jednorazowy wybryk. Gdyby nie Kameruńczyk, Legia przegrałaby z Banikiem w Ostrawie. Z kolei Francuz dobrze pokazał się m.in. w meczu o Superpuchar Polski z Lechem Poznań. Obaj starają się udowodnić, że zasługują na drugą szansę. Nsame zaczął nawet wykazywać zainteresowanie grą w defensywie. Wydaje się, że to nie jest ten sam piłkarz, którego statystyki biegowe otwarcie krytykował Feio. Zaczął dostawać podania w polu karnym i okazało się, że jest z niego pożytek.
Jeśli chodzi o Alfarelę, mówi się, że 27-latkowi nie do końca podoba się pozycja skrzydłowego. Iordanescu woli rosłych napastników, ale nie szuka kwadratowych jaj. Ustawił prawonożnego piłkarza na lewej flance, co pozwala mu schodzić do środka i oddawać takie strzały, jak ten z Koroną. Dzięki temu były piłkarz Bastii nie musi zachowywać się jak typowy skrzydłowy.
Krótko mówiąc – Feio to trener, który próbuje dopasowywać piłkarzy do swojej wizji. Iordanescu stara się zaś poznać swoich graczy, a dopiero potem przygotować taktykę. Oba podejścia mają swoje zalety, lecz biorąc pod uwagę różnorodność piłkarzy Legii, wydaje się, że rację ma Rumun.
Na Łazienkowskiej nikt już nie liczył na Nsame i Alfarelę. Francuz miał zostać sprzedany w letnim okienku transferowym. Mówi się, że gdyby nie interwencja trenera, władze klubu dążyłyby do rozwiązania kontraktu Nsame. 32-latka miało uratować jedynie to, że Iordanescu wiedział, co napastnik robił w czasach gry dla Young Boys Berno. Dziś niechciani piłkarze są blisko bycia gwiazdami Legii. Jeśli stołeczna ekipa ma pokonać Banika Ostrawa, francusko-kameruński duet musi wspiąć się na wyżyny umiejętności.
Odwieczny problem Legii Warszawa
Kibice Legii mogą się teraz zastanawiać, jak w minionym sezonie spisywałby się zespół, gdyby Goncalo Feio zaufał swoim piłkarzom. Trzeba bowiem pamiętać o tym, że za te transfery odpowiadał Portugalczyk. Naciskał na władze klubu, aż w końcu dopiął swego. Pion sportowy Legii robił, co mógł, by spełnić zachcianki trenera. Nsame dostał jeden z najwyższych kontraktów w całej drużynie. Na transfer Alfareli wydano ok. miliona euro po bardzo trudnych rozmowach z Bastią.
Feio dostał nowe zabawki, a po miesiącu wyrzucił je do kosza. Historie o wzmocnieniach na miarę mistrzostwa Polski skończyły się wypożyczeniami do Grecji i Szwajcarii. Problem nie kończy się jednak na portugalskim szkoleniowcu. Legia już od dawna jest klubem, w którym słowo „jutro” nie ma żadnego znaczenia. Liczy się jedynie to, co jest dziś. To klub, w którym jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz. Jeśli zaliczysz złe wejście do drużyny, może cię uratować tylko cud. Doskonale wie o tym Aleksandar Vuković, który zna ekipę z Łazienkowskiej jak własną kieszeń.
– Czasy się zmieniają, ale jedno w Legii się nie zmienia: brak cierpliwości i zbyt wczesne skreślanie piłkarzy. Też to przerabiałem, bo mistrzostwo Polski z Legią zdobywałem piłkarzami, których musiałem wyjmować z “szafy”, gdzie ich wcześniej schowano. Jose Kante, Domagoj Antolić, Michał Karbownik, Walerian Gwilia to nie byli oczywiści piłkarze, a jednak dało się z nimi zrobić wynik – mówił „Vuko” w rozmowie z portalem „WP Sportowe Fakty”.
Wspomniany przez Serba brak cierpliwości to skutek tego, że przed każdym sezonem Legia ma jeden cel: zdobycie mistrzostwa Polski. Walka o trofea jest nieodzownym elementem tożsamości klubu, co ma ogromny wpływ na budowę kadry. Presja na wynik powoduje, że adepci słynnego Legia Training Center uciekają do innych klubów. Szanse w pierwszym zespole dostaje Jan Ziółkowski i Wojciech Urbański, a ich następców nie widać. W Warszawie nikt nie ufa piłkarzom, którzy muszą się czasem mylić, żeby się rozwijać. Gdy w każdym meczu masz nóż na gardle, margines błędu nie istnieje.
Nsame i Alfarela mogą wejść do pierwszego składu
W najbliższym czasie polityka transferowa Legii raczej się nie zmieni. Wystarczy spojrzeć na to, jacy piłkarze trafili na Łazienkowską w letnim okienku. Najmłodszy z nich – a więc Mileta Rajović – właśnie skończył 26 lat. Do ekipy Edwarda Iordanescu dołączył też Arkadiusz Reca (30 lat) i Petar Stojanović (29 lat). Co więcej, właśnie trwają rozmowy w sprawie transferu 30-letniego Damiana Szymańskiego. Widać wyraźnie, że legioniści są gotowi poświęcić swoją przyszłość dla zdobycia pierwszego tytułu mistrza Polski od czterech lat.
Kibiców Legii może cieszyć to, że Jean-Pierre Nsame i Migouel Alfarela wreszcie dostali prawdziwą szansę. Na stawianie tez o wnioskach wyciągniętych przez klub jest jednak za wcześnie. Prawda jest taka, że Legia wciąż nie wie, jakimi piłkarzami dysponuje. Gdyby było inaczej, do zespołu z pewnością nie trafiłby Mileta Rajović. Statystyki pokazują, że legioniści wydali trzy miliony euro na piłkarza, który jest kopią Nsame.
Nie umniejszając Francuzowi i Kameruńczykowi, ich dobre występy są dziełem przypadku – podobnie jak wiele innych rzeczy, które dzieją się na Łazienkowskiej. Tego, że obaj wrócą do żywych, z pewnością nie było w planach – choć nie mówimy przecież o przeciętniakach. Przed transferem do Legii Alfarela strzelił 12 goli we francuskiej Ligue 2. O dokonaniach Nsame słyszeli już wszyscy. Ich losy pokazują też, jak ważne w futbolu są czynniki, o których zwykle się nie myśli. Czasem zapominamy o tym, że w piłkę nożną nie grają cyferki, tylko ludzie, którzy nierzadko potrzebują odrobiny wsparcia. Po meczu z Koroną Kielce wspomniał o tym też Edward Iordanescu. – Gdybym nie ufał moim piłkarzom, to bym ich nie wpuszczał na boisko – mówił podczas konferencji prasowej.
Zawodnikom, którzy wrócili do Legii może pomóc dobry timing. Wiele wskazuje bowiem na to, że latem nowego pracodawcy będzie szukać sobie Marc Gual, a więc najlepszy strzelec z minionego sezonu. Coraz głośniej mówi się też o słabszej formie Ryoyi Morishity, który przecież był gwiazdą Ekstraklasy. Wydaje się, że Nsame i Alfarela nie będą mieć lepszej okazji ku temu, by zadomowić się w pierwszym składzie. Kosztowne inwestycje Legii naprawdę mogą się zwrócić.